poniedziałek, 3 lutego 2014

rozdział 1


  Wstałam o godzinie 6 rano. Zeszłam na dół do kuchni. Z lodówki wyjęłam mleko, a z blatu wzięłam płatki i pospiesznie zjadłam śniadane. Zrobiłam sobie kanapkę do szkoły i poszłam się ubrać.Zajrzałam do szafy i wyciągnełam czarne legginsy oraz fioletową tunikę. Do tego ubrałam czarne tenisówki i srebrną bransoletkę. Oczywiście tak jak zwykle mialam na sobie złoty łańcuszek który dostałam od mamy.
   Pewnie zastanawiacie się kim jestem. Więc mam na imię Vicky. Mam 17 lat i od pół roku mieszkam z tatą w Londynie. Moja mama umarła dwa lata temu w wypadku. Teraz wróćmy do rzeczywistości.
   Była siódma więc za 20 minut miał być autobus. Spakowałam więc śniadanie do szkoły. Wzięłam torbę i zeszłam na dół. Postanowiłam już wyjść na zewnątrz. Wzięłam klucze i kurtkę.  Wyszłam zamykając za sobą drzwi. Zostało mi pięć minut więc pomału udałam się na przystanek.
   W szkole nie było za ciekawie. Jak to zwykle w niej. Najpierw mieliśmy w-f potem polski, dwie matematyki, fizykę i na koniec muzykę. Po skończonych zajęciach postanowiłam przejść się do parku z moją przyjaciółką Lilą. Podczas lekcji był przymrozek więc było dosyć ślisko.   

  Szłyśmy jedną z alejek. Koło mnie przebiegła jakaś dziewczyna przy okazji mnie potrącając. Zachwiałam się po czym upadłam na oblodzoną dróżkę. Moja przyjaciółka zniknęła mi z oczu. Próbowałam wstać niestety marnie mi to wychodziło. Strasznie bolała mnie kostka. Widocznie upadając skręciłam ją. Sięgnęłam po telefon i gdy miałam dzwonić do przyjaciółki podszedł do mnie niebieskooki chłopak. Wyciągnął rękę w moim kierunku pytając:
-Może ci pomóc?


   Chwyciłam jego rękę i powoli wstałam. Stanęłam na jednej noce drugą lekko opierajæc na ziemi. To było naprawdę miłe z jego strony zważając na to, że się nie znaliśmy.
-Nic ci nie jest? - spytał
-Prawdopodobnie skręciłam kostkę.
-To niedobrze. Jesteś tu sama?
-Przyszłam z przyjaciółką Lilą, ale zniknęła mi z oczu.
-Lila? Czy to aby nie tamta? - wskazał palcem na całującą się parę
- No tak mogłam to przewidzieć. Tak w ogóle dziękuje za pomoc. Jestem Vicky.
-Miło mi cię poznać. Jestem Louis. Nie musisz dziękować. Lubię pomagać ludziom.- powiedział a ja się uśmiechnęłam
- I tak bardzo ci dziękuję.
- Może pomogę ci wrócić do domu? Widzę, że sama nie dasz rady, a twoja przyjaciółka jest "zajęta'- pokazał cudzysłów w powietrzu i oboje wybuchliśmy śmiechem.
-Powinnam dać radę sama.
-Nie marudź. Mam tu niedaleko samochód. Podwiozę cię.
-No dobrze.- objął mnie jedną ręką w pasie i z jego pomocą skacząc na jednej nodze doszliśmy do samochodu.
Gdy dojechaliśmy pod mój dom Louis powiedział:
-Może wyślij Lili sms, że jesteś w domu. Będzie się martwić.
-Masz rację- wysłałam sms
-Spotkamy się jeszcze kiedyś? Miło się z tobą gada.
-Ok.
-Dam ci swój numer, a ty mi twój. Ok?
-Jasne- wymieniliśmy się numerami po czym pomógł mi pokuśtykać do domu.
   Tata na szczęście był. Opowiedziałam mu co się stało, a następnie pojechaliśmy do szpitala na prześwietlenie. Dostałam kule dzięki czemu łatwiej mi się było poruszać. Lekarz przepisał mi jakąś maść i radził oszczędzać nogę i trzymać ją w górze. Gdy już byliśmy w domu postanowiłam napisać sms'a do Louisa i Lili, bo chcieli wiedzieć czy nic mi nie jest. Wysłałam im takiego samego sms'a. Brzmiał mniej więcej tak:
" Nic mi nie jest dostałam kule i maść. Muszę oszczędzać kostkę. Pozdro*"
Po pięciu minutach dostałam odpowiedzi:
Od Lili
"Spoko. " Krótka no, ale może jest zajęta
Od Louis:
"Cieszę się, że nic ci nie jest. Spotkamy się jutro po południu?"
Do Louis:
"Jasne. Może o 13 w parku?"
Od Louis:
"Spoko"
   To miłe z jego strony, że tak się mną przejmował. Znałam go krótko, ale i tak uważałam go za bardzo miłego. Może też zostanie moim przyjacielem? Kto wie? Bardzo dobrze się dogadujemy. Było już późno więc położyłam się spać. Następnego dnia ( sobota) obudziłam się o 10:00. To trochę późno, ale jestem strasznym śpiochem. Stwierdziłam, że nie mam dzisiaj nic do roboty i się jeszcze położę. Znowu się obudziłam. Była 11:30. Uświdomiłam sobie, że przecież mam się spotkać z Louisem w parku. Poszłam do szafy i wyciągnęłam różową bluzkę z serduszkiem, czarne rurki i bransletkę z literką "L". Oznaczała ona trzy bliskie mi osoby, a mianowicie Lili czyli k BFF, Lukasa czyli mojego tatę i Laurę moją mamę. Przebrałam się i zjadłam śniadanie. Do torebki wziełam telefon, portfel, klucze i inne potrzebne rzeczy.
   Gdy wychodziłam z domu była 12:30. Akurat tyle potrzebowałam na dojście do parku. Włożyłam słuchawki do uszu i szłam rozmyślając o życiu. Właśnie dotarłam do parku. Była równo 13:00. Usiadłam na ławce nadal słuchając muzyki. Nagle ktoś złapał mnie od tyłu i zakrył oczy rękami. Przestraszyłam się, ale po chwili przede mną stanął rozbawiony Louis.
-Ha ha ha. Bardzo zabawne-powiedziałam z sarkazmem i lekko walnęłam go kulą- FOCH z przytupem i półobrotem.
-Oj Vicky nie obrażaj się. Co mam zrobić żebyś się nie obraziła?
-Hm...Pomóż mi wstać i chodźmy się przejść.
-Nie ma problemu.
   Pomógł mi wstać. Spacerowaliśmy sobie powoli po parku. W jakiejś kawiarence kupiliśmy sobie po gorącej czekoladzie i dalej szliśmy rozmawiając miło.
-To gdzie idziemy?-spytałam po chwili
-Hm..? No nie wiem... Mam pomysł. Chcesz poznać moich znajomych? Są akurat u jednego z nich w domu-No dobra to chodźmy.

***********************************************************
  Mam nadzieję, że się podobało. Następny rozdział będzie prawdopodobnie w środę. Piszcie w komentarzach co o tym sądzicie. Wygląd bloga jeszcze się zmieni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz